Mijają trzy tygodnie od warsztatu prowadzonego przez Monikę Malon i Annę Ostrowską. To był czas wyjątkowy, bo przeżyty w niezwykłej delikatności i łagodności. Choć sama w swojej pracy zawodowej kieruję się zasadami somatycznymi, tym razem to ja mogłam doświadczyć ich „od wewnątrz”.
Pułapka „mocnych wrażeń”
W pracy z ciałem kluczowe jest okno tolerancji – poruszanie się w granicach tego, na co nasz układ nerwowy jest w danym momencie gotowy. Stosujemy miareczkowanie, czyli ostrożne dawkowanie trudnych emocji i ciągły powrót do zasobów, by nie przekroczyć granicy, za którą zaczyna się ponowne cierpienie i retraumatyzacja.
Mimo że znam tę teorię doskonale, gdy sama zanurzyłam się w łagodnym procesie, pojawił się we mnie cichy głos:
„Czy to nie za mało? Czy to wystarczy? Czy bez wielkiego wybuchu nastąpi zmiana?”
Dziś już wiem (i czuję), że tak. Wystarczą: łagodność, delikatność i akceptacja.
Rozstanie ze schematem „grubo albo wcale”
Zrozumiałam, że ta wewnętrzna potrzeba intensywności – to pragnienie, by sobie „dokopać”, by było mocno i boleśnie – to często nic innego jak stary nawyk. Mechanizm „grubo albo wcale” jest powtórzeniem dawnego schematu przetrwania. Właśnie wyjście z tego przymusu jest tym milowym krokiem naprzód.
Łagodność nie jest brakiem pracy – jest odwagą do odpuszczenia walki.
Miejsce na ogień i miejsce na ukojenie
Nie uciekam od katharsis. Ono ma swoje ważne miejsce – choćby w medytacji dynamicznej, którą uwielbiam i którą sama prowadzę (zapraszam już w najbliższy weekend!). Jednak to łagodność i miękkość są mi teraz najbliższe.
Chcę kultywować tę postawę w pracy indywidualnej i warsztatowej. Chcę przypominać ciału i „zbłąkanej głowie”, że nie musimy się forsować, by wzrastać. Noszę w sobie głęboką wdzięczność za to doświadczenie.